2010 – Pilot rok 2010

2010 rok – PILOT SERIALU o  BAJKOWYM DOMU MARZEŃ.

 

Kochani, często dochodzą nowi odbiorcy gazetek. Zgodnie z chronologią i logiką rozsądniej byłoby zaczynać od początku (od jajka). Tymczasem w 2010 roku nie napisałam żadnej gazetki. A przecież wtedy działo się nawet więcej niż w 2011, w którym już mi towarzyszyliście. Wysyłałam Wam tylko kilka pierwszych zdjęć pod tytułem „pierwsza wizytówka”. Ostatnio zastanawiałam się nad poprawieniem wcześniejszych odcinków relacji z naszej przygody. Nie chodzi mi o zmienianie ich zawartości ze szkodą dla atmosfery tamtych dni. Nie, chcę jak najbardziej zachować tamte emocje, radości, wątpliwości… Warto jednak opisać je szerzej. Teraz nie będę nic wykreślać, a jedynie pouzupełniam to co może być ciekawe. Tak więc co było na początku? To niespodziewana Włodka decyzja, że jednak chce zamieszkać u siebie. Po dwudziestu dziewięciu latach małżeństwa. Tymczasem ja myślałam już tylko o zabezpieczeniu dzieciom lepszego startu, żeby one się nie tułały, nie były bezdomne, zdane na łaskę i niełaskę kolejnych wynajmujących. Nie potrafiłam z tego zrezygnować, jedynie po to pracowałam i tym tylko się kierowałam. Dawni przyjaciele wytłumaczyli mi, że nie, że jednak to Włodek ma rację, że to on zasługuje na spokojną starość, a dzieci mają przed sobą całe życie i jeśli będą chciały mieć własny dom, to niech się postarają. Że nie powinnam ich wyręczać na siłę.

Skoro tak, to pozostała decyzja czy kupić dom gotowy, do remontu czy budować. Sprawdzaliśmy wszystkie propozycje. Znaleźliśmy fajną działkę, już uzbrojoną i niedrogą, pod miastem, praktycznie już przy jego granicy. Równolegle oglądaliśmy domy gotowe.

 

Któregoś dnia trafiłam na intrygujące ogłoszenie w internecie. Dom drewniany, wszystkie media. Pojechaliśmy. Właściciela nie było, ale klucze były u sąsiadki. Jeszcze nie weszliśmy z drogi na podwórze, a Włodek już wiedział, że to jest TO MIEJSCE. Złapał mnie na ręce, żeby przenieść przez próg. Obejrzeliśmy wszystkie budynki. Te „wszystkie media” to: woda w studni, prąd, na oborze dziurawy dach słomiany, pozostałe z eternitu. Oczywiście “sławojka” za budynkami. W chacie dwie izby, ale tylko w jednej kuchnia kaflowa. W drugiej odparzony tynk na zewnętrznej ścianie. Długa, podzielona na pół sień przez cały budynek. Gdzie tu zmieścić łazienkę, kocioł C.O.? A co zrobić gdyby przyjechali goście, a my mielibyśmy jeden pokój i kuchnię? Przecież do nas nikt nie przyjedzie na godzinę, tylko na kilka dni, bo mieszkamy zbyt daleko od rodziny. Czyli trzeba się zdecydować na remont generalny tego co jest i dobudowanie tego co chcielibyśmy mieć. Czy porywamy się z motyką na słońce? Czas pokazał, że skala przedsięwzięcia była niewyobrażalna, ale to już dalsza historia. Dziś tylko pierwsza wizytówka…

 

Poniżej tekst oryginalny, ale już rozszerzony:

 

FOT. 1

 

praca po godzinach jeszcze w starym mieszkaniu

 

FOT 2

 

nareszcie nasz domek

 

FOT 3

 

tak było pięknie na początku

 

FOT 4

 

kilka ekip ruszyło do dzieła (jak w programie DOM NIE DO POZNANIA)

dopisek z 2021: dziś popularny jest program Polsatu pt. NASZ NOWY DOM.

 

FOT 5

 

kawałek wiejskiego pokoju przed demolką

 

FOT 6

 

ten sam kawałek w trakcie roboty

( majster spojrzał teraz na te fotki i skomentował „już popsuty”)

 

FOT 7

 

duma dziedzica – to bale drewniane po zerwaniu starego tynku, czyli znowu robota jakiegoś wandala

 

FOT 8

 

tyle zostało po oborze, bo majster główny stwierdził, że krokwie przepróchniały, a część murowana wymaga zrobienia wieńca, czyli trzeba zalać u góry betonem opaskę z drutu zbrojeniowego

 

FOT 9

my, czyli Dziad i Baba, bardzo starzy oboje ( z wiersza Kraszewskiego) w oczekiwaniu na przeprowadzkę

 

Tym razem jeszcze na końcu dopiszę Wam tekst tego wiersza Kraszewskiego, bo przytaczam go często. Ba, nawet bardzo często…

 

Dziad i baba

Józef Ignacy Kraszewski

 

Był sobie dziad i baba,
Bardzo starzy oboje:
Ona – kaszląca, słaba,
On – skurczony we dwoje.

 

Mieli chatkę maleńką,
Taką starą jak oni,
Jedno miała okienko
I jeden był wchód do niej.

 

Żyli bardzo szczęśliwie
I spokojnie jak w niebie,
Czemu ja się nie dziwię,
Bo przywykli do siebie.

 

Tylko smutno im było,
Że umierać musieli,
Że się kiedyś mogiłą
Długie życie rozdzieli,

 

I modlili się szczerze,
Aby bożym rozkazem
Kiedy śmierć ich zabierze –
Brała oboje razem.

 

– Razem!… To być nie może,
Ktoś choć chwilę wprzód skona.
– Byle nie ty, niebożę!
– Byle tylko nie ona!

 

– Wprzód umrę! – woła baba –
Jestem starsza od ciebie,
Co chwila bardziej słaba,
Zapłaczesz na pogrzebie.

 

– Ja wprzódy, moja miła,
Ja kaszlę bez ustanku
I zimna mnie mogiła
Przykryje lada ranku.

 

– Mnie wprzódy!
– Mnie, kochanie!
– Mnie mówię!
– Dość już tego!

 

Dla ciebie płacz zostanie.
– A tobie nie?… Dlaczego?
I tak dalej, i dalej,
Jak zaczęli się kłócić,

 

Jak się z miejsca porwali
Chatkę chcieli porzucić.
Aż do drzwi – puk powoli.
– Kto tam?

 

– Otwórzcie, proszę.
Posłuszna waszej woli,
Śmierć jestem,
skon przynoszę.

 

– Idź, babo, drzwi otworzyć!
– Ot, to, idź sam! ja słaba,
Ja pójdę się położyć –
Odpowiedziała baba.

 

Fi, śmierć na słocie stoi
I czeka tam nieboga.
– Idź, otwórz z łaski swojej.
– Ty otwórz, moja droga! –

 

Baba za piecem z cicha
Kryjówki sobie szuka,
Dziad pod ławę się wpycha,
A śmierć stoi i puka.

 

I byłaby lat dwieście
Pode drzwiami tam stała,
Lecz, znudzona nareszcie,
Kominem wejść musiała.

 

 

W rozmowach o nowym gnieździe przytaczamy też inne dzieło literatury. To „Księżycowa Dolina” Londona. Naprawdę warto ją przeczytać. To historia młodego małżeństwa, które tracąc stabilizację w mieście podczas Wielkiego Kryzysu w Ameryce podejmuje desperacką decyzję o wędrówce przez kraj w poszukiwaniu pracy i swojego miejsca. Kiedy opowiadali jakie ma być, ktoś odpowiedział, że wie, gdzie to jest.
– Gdzie?
– Na Księżycu…
A jednak oni znaleźli swoją dolinę, czy my również? Ostatecznie my też wyruszyliśmy w świat z Warszawy w poszukiwaniu pracy i dachu nad głową. Tylko Ci, którzy zdecydowali się pójść za swoimi marzeniami doszli do czegokolwiek.

 

 

Główny majster zaś mówiąc o nas, a znamy się kilkanaście lat, nawiązywał zwykle do Bogumiła i Barbary Niechciców z „Nocy i Dni”. Coś może i w tym jest?…

 

 

Jak dziś pożegnam się z Wami? Jako Bill i Saxon? A może Bogumił i Barbara? Czy tylko jako Dziad i Baba? Sami zdecydujcie, a ja podpiszę się tradycyjnie jako Włościanka Falbanka

 

P.S.

KILKA PIERWSZYCH GAZETEK BYŁO BEZ FAJANSU.

Dodam jednak tekst próbny, który pojawił się podczas zakładania bloga w nowym, już trzecim miejscu. Te trzecie przenosiny były w 2015 roku. Teraz zaczynamy reaktywować zawartość bloga po raz czwarty (a mamy 2021 rok).

 

“JESTEM FAJANSOWYM POTWOREM!

Dziś rano zjadłam kolejne dziesięć deseczek ze stuprocentowego fajansu włocławskiego. Nie wiem co mnie napadło. Każdy kolejny atak jest coraz silniejszy i boję się o moją kolekcję. Jeżeli ktoś wie jak można mi pomóc to piszcie w komentarzach. Omnomonomonom.”