2015 – Nr 197 – Łysa Góra Rzuca Urok na Falbankę – cz. I

2015 – Nr 197 – Łysa Góra Rzuca Urok na Falbankę – cz. I – gazetka z 25 lutego 2015

 

Pewnego dnia zobaczyłam duży talerz i kobietę, która szybkimi, pewnymi ruchami malowała na nim kilkoma kolorami wielkiego koguta. Kiedy skończyła, przewodnik wziął go od niej i podniósł do góry, żeby każdy z naszej wycieczki mógł zobaczyć bajkowy obraz. Nie zdążyliśmy… Strugi farby z ogona ściekły po całym talerzu… Przewodnik zmieszał się, że bezwiednie zniszczył tak piękną pracę. To był dzień, w którym pierwszy raz widziałam trud ludzi produkujących ceramikę i hałdę uszkodzonych rzeczy, które nie miały żadnej wartości mimo ogromu pracy włożonej w ich wytworzenie. Byłam wtedy małą dziewczynką na koloniach organizowanych przez Cepelię. Wycieczka do zakładu ceramicznego nie miała nic wspólnego z Włocławkiem i fajansem. A jednak to właśnie od tego dnia zyskałam swoiste nabożeństwo do garncarstwa. Podziwiałam przez kolejne 50 lat technikę wyrobu ceramiki, piękno klasycznych kształtów, połysk polewy i podziwiałam zdobienia. Zostałam w końcu pozytywnie zakręconą kolekcjonerką fajansu włocławskiego. W pamięci jednak pozostał prapoczątek: obraz zlanego koguta, zniszczonej ludzkiej pracy. Przez lata tak bardzo pragnęłam zdobyć coś z tamtego miejsca, ale nie potrafiłam go odnaleźć. Nie byłam pewna nazwy miejscowości. Teraz już wiem, to była Spółdzielnia „Kamionka” w Łysej Górze koło Tarnowa.

 

A skoro wiem, to Wam o niej opowiem.

 

Zapraszam Was do gazetki o Łysej Górze. Też o niesamowitym człowieku, którego talent i energia wsławiły tą małą spółdzielnię. To Pan Bolesław Książek.

 

Urok z Łysej Góry rzucony na małą dziewczynkę trwa i dlatego opowieść o Łysej Górze zajmie mi dwie gazetki. Przygotujcie się na wrażenia podobne do zwiedzania Kanionu Kolorado, bo z fajansem włocławskim trudno Wam będzie znajdować wspólny mianownik.

 

Na zdjęciu przypominam pierwsze odkryte przeze mnie ślady Łysej Góry, które zupełnie niespodziewanie znalazłam w Zalipiu. Stłuczka wtopiona w tynk.

Fot. 1

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Nr 197 – ŁYSA GÓRA RZUCA UROK na FALBANKĘ

 

Kto pojawił się w Łysej Górze pierwszy?

Mała Falbanka czy znakomity ceramik? Sprawdźmy to.

 

Pan BOLESŁAW KSIĄŻEK urodził się ponad sto lat temu, bo w 1911 roku. Szybko opuścił rodzinne strony i zaczął dorywczo pracować w hutach szkła. W 1930 roku zamieszkał na kolejne dwadzieścia lat w Krakowie. Dopiero tu zetknął się z ceramiką i tej miłości pozostał wierny do końca życia.

 

Z racji mojej fascynacji fajansem bardzo zaciekawiło mnie czy Bolesław Książek zetknął się z Antonim Buszkiem. Nie trafiłam w Internecie na potwierdzenie mojej teorii, jednak byłoby dziwne, gdyby tych dwóch czołowych ceramików nie znało się. Antoni Buszek opuścił co prawda Kraków jeszcze zanim Bolesław tam się sprowadził, jednak Buszek mieszkając w Warszawie był aktywny na terenie całego kraju. Jednak o Antonim Buszku opowiem Wam w innej gazetce.

 

Wróćmy do bohatera najbliższych dwóch gazetek. Około dwóch miesięcy temu pojawiła się w Internecie strona o tym nietuzinkowym człowieku. Założył ją Pan Marcin, jego Wnuk, który jest tak miły, że pozwolił mi skorzystać ze zgromadzonych przez niego materiałów. Gdybyście chcieli zajrzeć na jego stronę, to kryje się pod linkiem

 

Bolesław Książek – Bolesław Książek ceramika

http://bksiazek.arte.usermd.net

http://bksiazek.arte.usermd.net

Podczas wojny Bolesław Książek pracował w fabryce kafli “Zdun” i uczęszczał do założonej przez Niemców szkoły dla rzemieślników. Okupanci tworzyli szkoły zawodowe, ale tym razem przeliczyli się. Staatliche Kunstgewerbeschule Krakau – Państwowa Szkoła Rzemiosła Artystycznego w Krakowie – umieszczona w budynku krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, stała się prawdziwą spadkobierczynią przedwojennego Instytutu Sztuk Plastycznych. Wspaniali wykładowcy polscy i niemieccy zamiast tylko uczyć zawodu, stworzyli doskonałe warunki do rozwijania talentów swoich uczniów, z których wyrośli w późniejszych latach znani na świecie artyści. Nie podaję Wam nazwisk wykładowców i ich uczniów, bo kiepsko orientuję się w sprawach sztuki. Trzymajmy się samego Bolesława. Szkoła istniała do 31 marca 1943, bo po klęsce stalingradzkiej wykładowcy niemieccy zostali zmobilizowani.

 

W latach 1945-1951 Bolesław kierował pracownią ceramiczną Spółdzielni Artystów Plastyków w Krakowie. Na jakiś czas znalazł się nawet w Pekinie, gdzie uczył się sztuki ceramicznej w tamtejszych pracowniach.

Fot. 2

 

W 1951 roku, a więc dużo przed moim urodzeniem, przeniósł się do Łysej Góry. Tu był kierownikiem artystycznym Spółdzielni KAMIONKA. Ten znakomity technolog był wulkanem energii i niesamowitych pomysłów. Kamionka szybko z małego, niczym nie wyróżniającego się zakładu ceramicznego zyskała rozgłos nawet za granicami kraju. Bolesław projektował niestrudzenie naczynia i figurki, ale poszedł dużo dalej niż na przykład Włocławek czy Bolesławiec. Od roku 1960 Spółdzielnia kamionka podjęła produkcję dekoracji architektonicznych. Co to znaczy? Otóż z płyt ceramicznych Bolesław Książek zestawiał całe ściany na zewnątrz lub wewnątrz budynków. To wyróżniało Łysą Górę spośród wszystkich zakładów tej branży.

 

 

Wnuk Bolesława wykonał ogromną pracę przy próbie inwentaryzacji tych nieprawdopodobnych kompozycji. Jeździ po Polsce i szuka pozostałości tych dekoracji. Niestety, nie wszystkie ocalały do naszych czasów. W drugiej gazetce zobaczycie też ślady niesamowitego barbarzyństwa i braku szacunku dla ludzkiego geniuszu.

 

Od 1971 roku Bolesław Książek założył swoją własną pracownię, w której wykonywał nadal ceramiczne bajecznie kolorowe dekoracje.

 

Spółdzielnia zaś poczęła podupadać.

 

Bolesław zmarł w 1994 roku. Jego prace znajdują się w galeriach na całym świecie. Był laureatem wielu nagród. Na przykład otrzymał złoty medal “Italia Gualdo Tadiur” w Perugii w 1966 roku , medal na Międzynarodowym Triennale w Gdańsku Oliwie w 1973 roku, nagrodę za Rzeźbę Roku w Krakowie w 1976. Brał udział w 60 wystawach ceramicznych zbiorowych, a własnych, indywidualnych miał w kraju 30, a za granicą 19. Ostatnią na którą trafiłam w Internecie była wystawa w Kędzierzynie-Koźlu jesienią ubiegłego roku. Bardzo żałuję, że nie wiedziałam o niej wcześniej.

 

Rozpisałam się, ale kiedy zaczniemy przegląd ceramiki, nie będę już pisać o projektancie, a o samych wyrobach.

 

Na początek pokażę skromne zbiory ceramiki z Łysej Góry, które udało mi się zgromadzić w Falbowie. Jak bardzo skromne, to szybko się przekonacie

 

Na początek kiepska wiadomość, że wyroby z Łysej Góry przeważnie nie były sygnowane. Bardzo rzadko pojawiał się wydrapany napis z nazwą miejscowości. Ceramika otrzymywała papierowa etykietkę, która oczywiście szybko się uszkadzała. Dlatego mam tak duży kłopot z ustalaniem pochodzenia ceramiki, która przypomina tą z Łysej Góry.

 

Pierwsze pokażę Wam bardzo oryginalne dzbanki. Te są moje i stoją w Falbowie w kapliczce na półkach w części kuchennej. Te fotki obok to dzbanki pokazane na stronie Pana Marcina. Zresztą od razu wyjaśniam, że tylko najbliższe dwie składanki mają coś wspólnego ze mną, ale wszystkie pozostałe zdjęcia w obu gazetkach pochodzą ze strony Pana Marcina. Bardzo dziękuję za zgodę na ich wykorzystanie.

Fot. 3

 

Moje dotychczasowe zasoby kończą się na zdjęciu jeszcze jednej ścianki z Zalipia. Jednak po zapoznaniu się z materiałami Pana Marcina, doszłam do wniosku, że mam jeszcze inne wazony z Łysej Góry. Na poniższej składance pokażę Wam wazon, który dostałam od Kolegi z pracy, a obok wzór z bardzo podobnym jeleniem zaprojektowany przez Pana Bolesława Książka. Czyli ten wazon jest moim rówieśnikiem, ma tak coś między 50 a 70 lat.

 

Poniżej jeszcze inne moje wazony, które podejrzewam o łysogórskie pochodzenie. Zwróćcie uwagą na pozlewaną farbę. Już znacie historię zlanego koguta, ale ku mojemu zdziwieniu projekty ceramiki z Łysej Góry poszły właśnie w kierunku podkreślania efektów ściekającej polewy.

Fot. 4

 

Żebym nie była gołosłowna, to pokażę Wam główną różnicę w malowaniu fajansu i glinianych wyrobów w Łysej Górze. Sęk w tym, że we Włocławku historia ze zlanym kogutem nie mogłaby się nigdy wydarzyć.

Dlaczego?

 

Pamiętacie moje kłopoty z malowidłami zalipiańskimi? Używam zwykłych farb elewacyjnych albo olejnych. Schną długo, czasem mi spływają. W fabryce fajansu ze zdumieniem zauważyłam, że fajans wręcz wciąga farbę do środka w ułamku sekundy i bez żadnego problemu można użyć drugiego pędzla z innym kolorem, bo farby na fajansie nie mieszają się. Można je bezpiecznie nakładać jedna na drugą. Tymczasem w Łysej Górze farba była nakładana gumową gruszką. Pozostawała na powierzchni wyrobu i miała prawie milimetr grubości. Trzeba długiego czasu, by taka warstwa mogła wyschnąć. I tu są dwa wyjścia. Albo zaczekać, albo wykorzystać jej płynny stan. I tu właśnie w Łysej Górze odkryto nowe pole do popisu. Oczywiście nie wiem czy to tylko Łysa Góra zaczęła bawić się efektami ruchu płynnych dekoracji.

 

Na poniższych składankach zobaczycie malowanie gruszką i mącenie patyczkiem farby w jedną i w drugą stronę oraz efekty końcowe takich eksperymentów z polewą. Bardzo dobrze możecie to zobaczyć na starym filmie Polskiej Kroniki Filmowej

 

http://www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl/node/7616

Fot. 5,6

 

 

Zastanawiam się w jakiej kolejności pokazywać Wam cuda z Łysej Góry. Zaczęłam od technik malowania. Na poprzednim zdjęciu już pokazałam talerz z bąblami z farby. Może pokażę jeszcze kilka takich nietypowych powierzchni, których dotąd w naszym blogu nie widzieliście? Na dziś nie umiem nazwać tych technik dekorowania, ale z czasem będziemy się wspólnie uczyć. Jakieś toto drapane…?

Fot. 7

 

Bolesław Książek nie był z kosmosu i tak jak inni projektanci ceramiki z kraju szedł w kierunkach nowoczesnych. W Łysej Górze też powstawały pikasiaki. Jednak ceny jakie dziś osiągają nie mają nic wspólnego z tym nurtem ceramik pochodzących z innych wytwórni. Dzisiejsi kolekcjonerzy pozostawili Łysą Górę na marginesie zainteresowań. Obserwowałam w tym tygodniu pikasiaki z Wałbrzycha i z Ćmielowa wystawiane po kilkaset złotych. Z Włocławka do 500 zł, a te z Łysej Góry nie znajdują nabywców nawet po kilkadziesiąt złotych. Czy słusznie? Nie znam się na pikasiakach, ale pokażę Wam kilka takich dziwadełek z Łysej Góry. Naprawdę niczego im nie brakuje.

Fot. 8

 

A może dla odmiany obejrzycie rzeczy bardziej kojarzące się ze swojskim fajansem?

Co najmniej dwa pierwsze wazony malowała Pani Elżbieta Sacha. Prawda, że zdumiewające? Jeszcze nie upubliczniłam tej gazetki, gdy dowiedziałam się, że Pani Elżbieta to Mama Pana Marcina. Przez całe życie malowała ceramikę, a praktyki miała we… Włocławku. No to jesteśmy w domu!!!

Fot. 9

 

Były już kwiatki, to teraz będą ptaszki, a w szczególności moje ukochane koguty, o których ostatnio w blogu ciągle słyszycie. Na stronie Pana Marcina nie znalazłam koguta podobnego do tego zapamiętanego, ale innych chudziaków jest sporo. No cóż, dobry kogut nigdy nie jest tłusty, a tamten zniszczony był okazały i wtórnie „niedobry”.

Fot. 10

 

No i zapowiedziane ptaszki. Na pierwszej składance pokazuję Wam takie, których nie zobaczycie na fajansie.

Fot. 11

 

 

Ale znalazłam też inne. To nie są ptaszki rodem z bajki dla dzieci, które zatracają się w śpiewie na fajansie włocławskim. Obserwatorzy fajansu zauważą czasem dużo rzadziej spotykane ptaki bardzo stateczne, wzory jakby żywcem przeniesione z haftów i malowideł ludowych. I takie ptaki widzę też w Łysej Górze. Jednak talerze fajansowe a talerze łysogórskie bardzo się różnią. We Włocławku ptak, nawet stylizowany na ludowy, jest otoczony specyficznym otokiem z kwiatów, co do których nikt nie ma wątpliwości, że wyszły spod ręki malarki z fabryki. Tymczasem talerz łysogórski od początku do końca jest zaprojektowany jako stuprocentowo ludowy. Każdy element jest niesłychanie prosty, czasem prymitywny. Nabywca wręcz nie wie czy ma w ręku produkt seryjny, czy trafił na jeden jedyny talerz zrobiony przez wiejskiego, bardzo stareńkiego garncarza.

 

Dla Waszej informacji podam, że wszystkie wzory były zatwierdzane w Warszawie komisję CEPELIA.

Fot. 12

 

No tak, wszyscy znają nazwę CEPELIA. Wspominam o niej w tej gazetce już drugi raz. Sama nazwa przetrwała przemiany, ale Centrala nie. Piszę o bardzo starych czasach, o nieistniejącej już Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego (istniejącej w latach 1949–1990). Cepelia zrzeszała placówki handlujące wyrobami wykonywanymi przez polskich twórców ludowych lub inspirowanymi folklorem. Takie było założenie, ale na przykład moja Mama przepracowała w Cepelii kilkadziesiąt lat, a była dziewiarką. He he, ciekawe ile osób wie co to za zawód?  W każdym razie nawet przez godzinę nie produkowała niczego co miałoby choćby najmniejszy związek z tradycjami ludowymi.

 

 

Jednak ta gazetka nie jest o mojej Mamie i Cepelii, a o ceramice. Wracam więc do motywu ptaków we wzorach łysogórskich. Zaobserwowałam bardzo ciekawą serię ptaszków nawiązującą do bardzo modnego w Europie od dwóch wieków wzornictwa. To biała porcelana i fajans malowane na niebiesko. Włocławki są malowane szerokim pędzlem, ale szlachetniejsze porcelany zdobiono wzorem cebulowym. I właśnie Łysa Góra zaproponowała wyroby łączące kolorystykę, motywy ludowe i cienką kreskę. Spójrzcie na przykład na serwis pomalowany przez Panią Elżbietę. Obok inne wyroby tej serii.

Fot. 13

 

Mogłabym pokazać jeszcze sporo naczyń, ale nie chcę pisać tylko o nich. Przecież zapowiedziałam, że geniusz Bolesława Książka zaowocował wyrobami zupełnie niespotykanymi gdzie indziej. Może teraz już znacie takie czy inne dekoracje, ale pomyślcie, jak bardzo nowatorskie były propozycje tego człowieka ponad pięćdziesiąt lat temu. Polacy naprawdę są niezwykle płodni, tylko nigdy nie umieliśmy tego wykorzystać tak jak to robią za granicą.

 

 

Być może w kolejnej gazetce jeszcze pokażę kilka ciekawszych naczyń, ale teraz proponuję zmianę asortymentu.

 

 

A jakbym zaproponowała jeszcze taki mały rzut oka na figurki? Dotychczas nie pokazywałam Wam figurek z Włocławka, a taka seria fajansu też istniała. Nie ma jednak przeszkód, żebyśmy nie obejrzeli tych łysogórskich. Nie znam ich wielkości, więc na składance proporcje wybranych przeze mnie wzorów są przypadkowe.

 

Zastanawiam się czyją twarz widać na wazonie? Zwróćcie uwagę, że twórca tych figurek ma rzadką umiejętność ukazywania emocji. Zobaczcie choćby prostotę figurki kobiety w stanie błogosławionym.

Oprócz ludzi pokazałam liska, bo ten motyw też ma dla mnie pewne znaczenie.

Fot. 14

 

No i w tym miejscu kończy się wszystko co znacie. Dalej to już tylko jazda bez trzymanki. Może znajdziecie w twórczości Bolesława Książka echa naszej wizyty w hucie szkła pod Bolesławcem? Ja mam lekkie skojarzenia kształtów i sposobów dekorowania.

 

Teraz poznamy nowe słowo: PANNEAU.

Od razu się przyznaję, że go nie znałam. I zapamiętać nie mogę. Nie używa się go na co dzień. To znaczy używa, ale w powszechnym języku to PANEL. To pojęcie jest w jakiś sposób kojarzone. Ja jednak chciałabym wyjaśnić to pierwsze słowo. Bo w przypadku twórczości Bolesława Książka powinniśmy poznać jego prawdziwe, szlachetne znaczenie. Najprościej jest to prostokątny fragment płaszczyzny. Dalej idąc, dodamy, że obramowany dekoracyjnie. Fragment powstaje przez podział większej powierzchni, na przykład ściany, mebla, sufitu, boazerii. Panneau jest charakterystyczny dla baroku i rokoko, a więc dla stylów architektonicznych najbardziej bogato zdobionych.

Płaszczyzna jest wypełniona płaskorzeźbą albo malowidłem. A obramowana jest ramami, gzymsami… Może to być też na przykład kwatera witrażu.

 

Dlaczego w kontekście Łysej Góry przypominam to pojęcie z historii sztuki? Otóż Bolesław Książek zatracił się właśnie w dziedzinie tworzenia panneau. Jeszcze w Kamionce projektował naczynia i ściany ceramiczne, by potem zająć się wyłącznie tym rzadkim kierunkiem ceramiki. Jednak jak każdy geniusz nie był skrępowany schematami. Potrafił połączyć kolory, kształty, doświadczenia z całego życia, by stworzyć dzieła oryginalne i niepowtarzalne. Poprowadzę Was teraz przez bajkowy świat ceramiki szkliwionej z łysej Góry.

 

Zacznijmy spokojnie od panneau królewskich. Składankę zrobiłam ja. Każdy z obrazków jest oddzielny. Te małe główki z boków są w metalowej oblamówce. O jednej wiem, że ma 20 cm x 30 cm.

Fot. 15

 

Myślę, że już macie trochę dość zbiorówek. Dalej będę ich robiła mniej. To może dla odpoczynku zobaczcie niesamowity kinkiet. Ostatnio pokazywałam Wam takie cudowności z fajansu włocławskiego. Dziś możecie je porównać z łysogórskim. Nie pytajcie, który uważam za piękniejszy. Nie będę umiała wybrać. Każdy jest absolutnie piękny w swoim stylu. Jeden pasowałby do moich pomieszczeń na parterze domu, gdzie króluje fajans, a drugi na poddaszu, gdzie mam kolorowe szkło i metal.

Fot. 16

 

Zaparło Wam dech? Nie dziwię się.

Zobaczcie panneau z ptakami

Fot. 17,18

 

Z kwiatami

Fot. 19,20

 

A co powiecie na bajkowe motyle?

Fot. 21,22,23

 

 

A może taki portret?

Fot. 24

 

Ale wróćmy na Ziemię.

W tej gazetce pokażę Wam jeszcze kilka ceramik sakralnych

Fot. 25

 

A na koniec przedsmak drugiej części gazetki o ceramice z Łysej Góry. Zostawiamy za sobą przegląd drobnych przedmiotów użytkowych i dekoracyjnych. Rozpoczniemy przegląd ceramiki zastosowanej w budownictwie.

 

Zobaczcie wypasione kominki ceramiczne.

 

Na początek kominek w Wojniczu. Zaczynam od niego, bo spodobały mi się oczywiście ptaki (KOGUT!!!)

Fot. 26

 

 

 

Kominek zrealizowany w Tarnowie

Fot. 27,28

 

 

Piękny kominek w Kędzierzynie.

Fot. 29

 

Fascynujący, nowoczesny kominek w Brzesku

Fot. 30,31

 

 

I jeszcze jeden kominek w Tarnowie

Fot. 32,33

 

 

Znalazłam jeszcze ciekawy fragment ścianki z nie wiadomo skąd

Fot. 34

 

No, myślę, że tylu latach oglądania fajansu, nieźle Was dziś zaskoczyłam. Mówiąc językiem Ferdka Kiepskiego: „ Są takie rzeczy na świecie, które się nawet fizjologom nie śniły”    Polak potrafi…

wwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwwww

 

 

W blogu są dwie gazetki poświęcone Łysej Górze:

Nr 198:

https://staryswiat.pl/produkt/2015-nr-198-jeszcze-o-lysej-gorze-cz-ii/